czwartek, 22 czerwca 2017

Nikt o tym w Bydgoszczy nie napisze




Nikt nie opowie o tym w bydgoskim radiu i nikt nie wskaże tego w naszej regionalnej telewizji, chociaż ktoś powinien taki temat poruszyć. Przecież oficjalnie to my wszyscy – mieszkańcy Bydgoszczy, najemcy, dzierżawcy, właściciele nieruchomości, przedsiębiorcy, itd. finansujemy w części lokalne media, więc powinny one być niezależne. Jednak przyjmuje się że ich sponsorem jest pan prezydent, który może komuś dofinansowanie przyznać lub nie. Nikt przecież nie mówi ani nie pisze źle o swoim sponsorze, bo nawet jeśli popełnia on błędy na pewno nie chce, żeby o tym mówiono. Wszystkie bydgoskie gazety i inne media w naszym mieście stanowią więc część systemu naczyń połączonych i uzależnionych od finansów.

Inną częścią tego samego sytemu poza mediami jest Administracja Domów Miejskich (ADM), o której również nie można mówić źle, bo pan prezydent powierzył jej zarządzanie całym gminnym zasobem mieszkaniowym. Zarządzanie nieruchomościami to dość prosta sprawa, zajmuje się tym w naszym mieście wiele firm, jednak ADM spółka z ograniczoną odpowiedzialnością robi to  jednak w sposób urągający przyjętym ogólnie standardom. Toleruje niedbalstwo wykonawców i komplikuje proste sprawy.

Skoro nikt o tym nie mówi i sprawy nie nagłaśnia, być może pan prezydent nie wie, że powierzył zasób mieszkaniowy najdroższemu i nienajlepszemu zarządcy w Bydgoszczy. Najlepszym dowodem niezaradności ADM jest to jak gwałtownie rozkwitają nieruchomości wspólnot mieszkaniowych po wyrwaniu się spod ich kurateli. Dla tych wspólnot nagle wszystko staje się proste i możliwe do wykonania. Okazuje się, że członkowie tych wspólnot płacą stawki o połowę mniejsze niż czynsze w ADM-mie, a i tak na wszystkie potrzeby im wystarcza. Pomińmy jednak wykonywanie remontów i napraw, które nie zlecane przez ADM nagle stają się dla wspólnoty tanie i solidne, przyjrzyjmy się tylko sprzątaniu.


Czynnikiem, który najbardziej wyróżnia  nieruchomości zarządzane przez ADM od innych i tworzy z nich wyspy niechlujstwa i niedbalstwa jest właśnie sprzątanie. Zwłaszcza utrzymanie terenów zewnętrznych i zielonych. Już patrząc na nieruchomości zarządzane przez tą firmę po raz pierwszy łatwo zgadnąć, że jest zarządzana właśnie przez ADM. Wyraźnie odstają one od nieruchomości zarządzanych przez spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe oraz innych zarządców. Są jak brzydkie krosty na gładkiej skórze.








                                                                                              

sobota, 25 lutego 2017

Nie ten minister

W czerwcu ubiegłego roku rząd zatwierdził uchwałą  „Założenia do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do roku 2030” . Podobno „strategia rozwoju wodnych dróg śródlądowych to jeden z priorytetów Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Zakłada rewitalizację Odrzańskiej Drogi Wodnej, przywrócenie żeglowności Wisły od Warszawy do Gdańska oraz połączenie Odry, Noteci, Wisły i Bugu. Program obejmuje również budowę Kanału Śląskiego łączącego Wisłę i Odrę.”
Nie wiadomo tylko czy osoby i firmy zainteresowane rozwojem żeglugi śródlądowej mają się z tej informacji cieszyć, czy śmiać, cieszą się na pewno właściciele firm przewożących towary TIR-ami i kierowcy tych TIR-ów, nie zagraża im bezrobocie, spokojnie mogą dalej wozić wszystkie towary po całej Polsce, bo plan rozwoju żeglugi śródlądowej pozostanie na papierze.


To nie Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej odpowiada za drogi śródlądowe w Polsce, więc sporządzane przez to Ministerstwo plany ich rozbudowy zawsze będą pozostawać w sferze fantazji. Jest to jakoś pomijane przez różne przekazy medialne, które zdają się nakazywać Polakom zadowolenie z tych planów. Za utrzymanie, konserwację i rozbudowę dróg śródlądowych w Polsce jest tymczasem odpowiedzialne Ministerstwo Środowiska, a na jego czele stoi leśnik, który ostatnio walczy z drzewami, drzewa jak wiadomo przegrywają.
Podlegające temu Ministerstwu Regionalne Zarządy Gospodarki Wodnej (RZGW) podzieliły między siebie poszczególne fragmenty polskich dróg śródlądowych, właściwie rozczłonkowały je i każdy z Zarządów dba głównie o swoją część. Każdy z nich ma swoje priorytety, a także jak się wydaje każdy zarząd ma inną siłę przebicia przy zdobywaniu środków finansowych.


W Bydgoszczy na przykład stopień wodny na Brdzie w Czersku Polskim i stopień wodny w którego skład wchodzi Śluza Miejska podlega pod RZGW Gdańsk i obydwa stopnie są w dobrej kondycji. Natomiast śluzy na Kanale Bydgoskim (6 sztuk) i wszystkie stopnie wodna na Noteci (14 sztuk) podlegają pod RZGW Poznań i ich stan jest znacznie gorszy. Czyli jedna droga wodna podlega pod dwa Regionalne Zarządy, które realizują przede wszystkim własne pomysły, a nie wspólne.
Najbardziej jednak jaskrawym przykładem lokalnego partykularyzmu jest budowa kaskady górnej Wisły, trzy stopnie wodne zbudowano w latach 1949 -61. Wkrótce pojawił się problem, bo poniżej stopnia wodnego Przewóz nastąpiła erozja dna rzeki, która utrudniała żeglugę poniżej tego stopnia wodnego i w efekcie praktycznie odcięła Kraków od dolnej Wisły obniżając przy tym, wody gruntowe i wysuszając Puszczę Niepołomicką.
Nie zwracając na ten fakt żadnej uwagi RZGW Kraków w jakiś trudny do pojęcia sposób uzyskał środki na trzy kolejne stopnie wodne. Zbudowano je powyżej stopnia Przewóz całkowicie ignorując zarówno wysychanie Puszczy jak i brak możliwości połączenia z dolnym odcinkiem Wisły, ich budowę ukończono w latach 1990 -  2003.


Ich budowa mimo, że pochłonęła ogromne środki nie przyniosła żadnych korzyści polskiej żegludze śródlądowej, która na tamtym odciętym od reszty Polski odcinku w ogóle  się nie odbywa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie dlaczego RZGW Kraków otrzymywał ogromne środki finansowe na budowę  trzech nic nie znaczących dla krajowej żeglugi stopni wodnych na Wiśle dokładnie w tym samym czasie gdy RZGW Wrocław bezskutecznie zabiegał o środki na dokończenie budowy stopnia w Malczycach. Oddanie tego stopnia wodnego przywróciłoby żeglowność na Odrze i miałoby dla polskiej żeglugi śródlądowej ogromne znaczenie, ponieważ transport wodny, który od 100 lat odbywał się między Śląskiem, a Pomorzem Zachodnim został zatrzymany właśnie przedłużającą się budową stopnia wodnego w Malczycach.

Mając więc na względzie stan wiedzy osób teoretycznie kompetentnych, którzy są odpowiedzialni za polskie drogi śródlądowe oraz obecnie funkcjonujący w naszym kraju system, w którym żegluga podlega jednemu ministerstwu, a drogi wodne innemu chyba na większe zmiany i rozwój żeglugi śródlądowej w Polsce nie ma co liczyć.

sobota, 7 stycznia 2017

Kaskada Górnej Wisły

Pisząc o polskich drogach śródlądowych, kolejny raz muszę pisać o problemie, który tym razem powstał w wyniku bezmyślnej ingerencji człowieka. Regulacja i kanalizacja rzeki jest zawsze interwencją człowieka w siły natury. Dobrze, gdy  jest ona przeprowadzona umiejętnie doprowadza do ukierunkowania naturalnych zjawisk i sił, które rządzą cyklami życia rzeki oraz zaprzęgnięcia ich do kształtowania rzeki w sposób zaplanowany przez człowieka. Okazuje się, że do przeprowadzenia takiej umiejętnej interwencji niezbędna jest wiedza o naturalnych procesach zachodzących w rzece. Jeżeli mimo braku tej wiedzy człowiek zdecyduje się ingerować w prawa przyrody, musi liczyć się z tym, że zakłóci ich funkcjonowanie. Naturalne siły rzeki zaczną działać zupełnie inaczej niż człowiek sobie zaplanował.



Do takiego właśnie przypadku doszło podczas budowania kaskady górnej Wisły, trzy stopnie wodne zbudowano w latach 50-siątych XX wieku, a trzy kolejne w latach 1976 -  2003. Jakie były motywy budowniczych tej kaskady? Na pewno trochę polityczne ale również ekonomiczne i gospodarcze. Chcieli ożywić ruch na rzece, chcieli, żeby w Krakowie pływały statki, chcieli doprowadzić wodę do elektrowni w Skawinie i innych ujęć gospodarczych. Nie przewidzieli tego, że rzeka ma gdzieś motywy ekonomiczne, a tym bardziej polityczne i rządzą nią tylko naturalne prawa. Nie wiedzieli, że narażają na wyschnięcie część Puszczy Niepołomickiej.



 Po kilkudziesięciu latach funkcjonowania najniżej usytuowanego w tej kaskadzie stopnia wodnego "Przewóz" Okazało się, że rzeka poniżej tego stopnia "uciekła". Dno rzeki i poziom wody obniżyły się o kilka metrów. Śluza  dla jednostek pływających, które miały pokonywać ten stopień jest nieczynna przez całe lato, nie można z niej wypłynąć, bo dno śluzy jest wyżej niż poziom wody za śluzą.



Poniżej tego stopnia wodnego("Przewóz") nastąpiła erozja dna rzeki, obniżenie poziomu wody i obniżenie poziomu wód gruntowych na przyległych do rzeki terenach. Nie dość więc, że plany człowieka zostały pokrzyżowane, bo nie może być mowy o żadnej żegludze na Wiśle, która została bardzo skutecznie podzielona, to jeszcze powstały szkody w środowisku. Wyschnięte łąki i schnące lasy.

Jak to w Polsce często bywa, dopiero po fakcie przeprowadzono badania w celu ustalenia przyczyn erozji. Oczywiście nie ma żadnej pewności, że wykryto wszystkie przyczyny ale wydaje się jednak, że badania ustaliły przyczynę najważniejszą. Otóż okazuje się, że podczas swojego naturalnego biegu rzeka niesie ze sobą całe masy piasku i innego rumowiska, które nie dość, że nie pozwala jej robić dziur w dnie, to jeszcze samoczynnie je zatyka. Gdy postawimy na rzece zaporę i spowolnimy sztucznie jej bieg to ona przestaje nieść to rumowisko i przepływając przez zaporę jest już czysta. Poniżej zapory drąży dno i wgryza się głębiej w grunt zbierając materiał, który staje się niesionym przez nią rumowiskiem.

 Taka erozja nie jest zjawiskiem gwałtownym, trwa zazwyczaj kilkadziesiąt lat, ale jest nieunikniona. Nie doszłoby do niej gdyby w porę zbudowano kolejny stopień wodny w Niepołomicach. Teraz stara się o budowę tego stopnia samorząd i społeczność Niepołomic. Chcą przywrócić połączenie śródlądowe z Krakowem i ratować swoją puszczę. Nie jest jednak pewne, że ich starania odniosą skutek, bo dla rządu dziury w budżecie są ważniejsze niż dziury w dnie rzeki. Dla samorządu taka inwestycja jak budowa stopnia wodnego na Wiśle jest za duża.


wtorek, 27 grudnia 2016

Robotnicy z Ukrainy w Bydgoszczy

Prawie wszyscy Ukraińcy, z którymi miałem do czynienia w Bydgoszczy pracę znaleźli w dwóch firmach: PESA i METALKAS. Raz tylko spotkałem wśród mich pracownika BELMY. Firma, w której pracuję zajmuje się wynajmem mieszkań  i już kilkanaście z nich zajmują Ukraińcy. Kilka dni temu podpisałem umowę najmu z jednym z nich Konstantym. Bardzo dobrze mówi po polsku, jest w naszym kraju od 2 lat. Teraz jest pracownikiem PESY, razem z żoną mają karty pobytu stałego wydane przez kujawsko – pomorskiego wojewodę, ich 5-letni syn chodzi do jednego z bydgoskich przedszkoli.


Kiedy Konstanty przyjechał do Polski nazwa Bydgoszcz nic mu nie mówiła. Pierwszy raz zobaczył ją dopiero na reklamie fabryki mebli, którą widział codziennie idąc do pracy w odlewni betonowych elementów budowlanych w jakimś miasteczku na Mazowszu. Ciekawie scharakteryzował stosunki panujące w swojej ojczyźnie, do której nie zamierza wracać. Pochodzi z okolic Lwowa, gdzie nigdy nie było za wiele przemysłu, a teraz wielu ludzi utrzymuje się wyłącznie z bardzo drobnego handlu. Konstanty twierdzi, że nawet 50 lat to za mało, żeby wyeliminować z Ukrainy łapówkarstwo, które jest tam drugą naturą głęboko zakorzenioną w zwykłych ludziach. Każdy petent, który idzie do lekarza, urzędnika, itp. Zanim jeszcze zacznie mówić z czym przyszedł już wyciąga pieniądze i kładzie na stół.

Nasze bydgoskie zakłady takie jak PESA – potentat produkujący pojazdy szynowe dla wielu krajów lub METALKAS, który w ciągu kilku lat przekształcił się z rodzinnej firmy w zakłady zaopatrujące pół Europy cienko by przędły gdyby nie robotnicy z Ukrainy. Polacy pracy jakoś nie szukają, co widać choćby po ogłoszeniach, a dodatkowo nasz rząd robi ile może, żeby ich do pracy zniechęcić.

niedziela, 11 grudnia 2016

Promocja patologii

Tym wpisem pewnie  mocno się narażę zwolennikom tak zwanej dobrej zmiany, chcę jednak wypowiedzieć swoją opinię zwłaszcza dlatego, że widzę jak wszystkie oficjalne media w Polsce podzieliły się. Wszystkie telewizje kłamią. Pozwoliły zrobić  z siebie trąby propagandy, które grają fałszywie. Media z nazwy informacyjne nie informuję rzetelnie. Media z nazwy publiczne, czy też narodowe wcale nie  funkcjonują w interesie narodu. Wszystkie się Polakom sprzeniewierzyły.
Przejdźmy jednak do rzeczy, chciałem zacząć wpis od cytatu pani Margaret Tchatcher, która bardzo rozsądną kobietą była i powiedziała kiedyś:

Państwo niczego nie daje, bo niczego nie ma. Jeżeli rząd twierdzi, że daje komuś znaczy, że zabiera Tobie. Rząd nie ma własnych pieniędzy”.

Bazując na tych hasłach doprowadziła do likwidacji wszystkich państwowych kopalń przynoszących co roku duże straty. Oczywiście także manipulowała prasą i innymi mediami, żeby zniechęcić ludzi do corocznego dopłacania do  górnictwa oraz  jego związków zawodowych, a finansować raczej szkolnictwo, służbę zdrowia, modernizację infrastruktury, innowacyjność, itp.


Tymczasem nasz obecny prezydent w nawiązaniu do programu 500+ mówi do Polaków:

„Państwo coś wreszcie daje, a nie zabiera”.

Oczywiście pan prezydent nigdy nie mówił nic we własnym imieniu, więc nie można tej wypowiedzi uznawać za jego samodzielne zdanie. Czyżby jednak powtarzał je bezkrytycznie i nie zdawał sobie sprawy, że państwo nie ma żadnych pieniędzy do rozdania?, że  musi je uprzednio komuś zabrać? Ależ wiedział to doskonale, tylko że jego wypowiedź nie była skierowana do wszystkich Polaków ale wyłącznie do wyborców PiS.
Podobnie zresztą jest z kwotą wolną od podatku zachęca do kombinatorstwa i zaniżania oficjalnych dochodów. Już teraz na porządku dziennym jest dzielenie płacy na oficjalną, ujętą  w PIT-cie i rzeczywistą, poza podatkami i ZUS-em, więc zapewne niebawem problem ten się nasili, wpływy do budżetu jeszcze zmaleją. PiS jednak nie dba o to byle tylko utrzymać się przy władzy. W bardzo oryginalny sposób PiS zamierza poradzić sobie z finansowaniem przynoszących straty kopalń przekazując je Grupie Energa co doprowadzi do tego, że do górnictwa w Polsce będziemy dopłacali płacąc opłaty za prąd.


środa, 30 listopada 2016

Siedem dni tygodnia

Dlaczego tydzień ma akurat 7 dni? Skąd się wzięły nazwy dni tygodnia? Wikipedia tłumaczy sprawę w ten sposób:

„Siedmiodniowy tydzień ma swoje początki w starożytnej Mezopotamii ok. 2000 lat p.n.e. Ówcześni astrologowie zauważyli, że poza tak zwanymi gwiazdami stałymi na niebie gołym okiem można wyróżnić siedem ruchomych („błądzących”) ciał niebieskich - planet. Były to Słońce, Księżyc, Mars, Wenus, Jowisz, Merkury oraz Saturn. Siedem stało się liczbą świętą, a każdy dzień otrzymał za patrona jedną z siedmiu „planet”. Później w kulturze greckiej i rzymskiej planetom (poza Słońcem i Księżycem) nadano imiona mitologicznych bogów. W większości europejskich języków nazwy dni tygodnia wywodzą się właśnie od nazw tych siedmiu ciał niebieskich, bogów rzymskich, bądź też bóstw będących ich lokalnymi odpowiednikami (np. germańskie). Wyjątkiem są języki słowiańskie, w których nazwy dni tygodnia mają własną etymologię. W języku polskim kolejne dni pochodzą od następujących słów: poniedziałek = dzień „po niedzieli”, wtorek = „wtórny” (drugi) dzień, środa = „środek” tygodnia, czwartek = dzień „czwarty”, piątek = dzień „piąty”, sobota = sabat, niedziela = „nie działać” (odpoczywać)”



Trzeba przyznać, że na przykład w języku angielskim przetrwał do dziś dzień Saturna – sobota, dzień Słońca – niedziela i dzień Księżyca – poniedziałek.

sobota, 5 listopada 2016

Bydgoski szczyt parkingowy

W godzinach popołudniowych 12 - 15 nie ma wolnych miejsc parkingowych w śródmieściu każdego dużego miasta. Akurat w Bydgoszczy na ulicy Gdańskiej, przy której mieści się biuro, w którym jestem zatrudniony po niedawnym remoncie zostały urządzone miejsca parkingowe, które oczywiście są płatne i jest ich dość mało, co jeszcze potęguje słabo rozwinięta kultura parkujących, którzy nie myśląc o innych stawiają auto ukosem na dwóch miejscach (ciekawe czemu płacą tylko za jedno)
Na szczęście kamienica, w której mieści się biuro ma własny parking. Wystarczy otworzyć bramę pilotem, przejechać przez przejazd pod budynkiem głównym, przejechać przez ciasne podwórko - studnię i przejazd pod budynkiem tylnym, żeby znaleźć się na drugim, obszernym podwórku. Znajduje się na nim kilka garaży i 14 miejsc parkingowych, większość z nich jest przeważnie pusta aż do późnych godzin popołudniowych. Teoretycznie nie ma więc żadnych problemów z zaparkowaniem. Problemy mogą się pojawić przy wyjeżdżaniu na ulicę, zwłaszcza gdy komuś się bardzo spieszy.


Oczywiście wyjazd na ulicę i brama są zaopatrzone w zakaz parkowania i teoretycznie powinny być puste. Zazwyczaj są. Czasami stoi tam jakiś samochód, ale wtedy wystarczy wysunąć z przejazdu przedni zderzak i zatrąbić. Natychmiast ktoś przybiega i usuwa auto a przejazdu. Widać, że ten ktoś zdaje sobie sprawę, że zastawił wyjazd ale jest gdzieś w pobliżu i zachowuje czujność. W piątek jednak tak się nie stało.
Tkwiliśmy w przejeździe przez 40 minut, nie ma tam możliwości otworzenia drzwi. Można tylko trąbić i telefonować. W tym czasie do przejazdu wjechał drugi samochód i nie było już nawet możliwości wycofania się. Po 40 minutach takiego tkwienia w przejeździe, równo ze Strażą Miejską zjawiła się pani kierowca i z powalającą empatią zapytała „ale co się stało?”
Być może jakaś matka nie odebrała dziecka z przedszkola, być może ktoś stracił kolejkę, bo nie dojechał do lekarza, być może ktoś nie dotarł na ważne spotkanie, być może ktoś przeżył horror tkwiąc w przejeździe, być może .....

W ZASADZIE NIC SIĘ NIE STAŁO.